piątek, 8 listopada 2013

Recenzja: King Crimson - "In The Court Of The Crimson King [...] (1969)

Fan muzyki rockowej/meloman zanim rozpakuje blokującą mu dostęp do płyty przeźroczystą folię najpierw zauważa grafikę okładki. W większości to właśnie sama okładka przyciąga do siebie i zachęca do zapoznania z materiałem na krążku. Tak było między innymi z legendą zwaną "Klubem Samotnych Serc Sierżanta Pieprza" The Beatles. Dwa lata później inny brytyjski zespół u progu swej wielkiej kariery wszedł do studia i w miesiąc zarejestrował pięć kompozycji (zaznaczam - KOMPOZYCJI, nie piosenek).

Debiutancką płytę opatrzono bogatą, poniekąd irracjonalną i oniryczną grafiką. Pierwsza strona zawiera oczy wyraźnie zaniepokojone chaosem, podobnie realistyczne usta. Cały przód to jedna, wielka, pomarańczowa twarz "Schizofrenika XXI wieku". W środku widnieje postać samego Karmazynowego Króla. Autorem ów fenomenalnej okładki był Barry Godber, który padł ofiarą ataku sercowego wkrótce po premierze longplaya.



Co do muzyki… jak już mówiłem mamy w tym wypadku tylko pięć kompozycji, ale właśnie ta piątka to żelazny kanon rockowy. No, może nie całkowicie rockowy, ponieważ mamy tutaj mieszankę rocka  z jazzem.

Cała piątka zaskakuje formą wykonania. Nastrój chaosu (21st Century Schizold Man) i ponadczasowość (The Court of the Crimson King) współistnieją w harmonii ze spokojem (I Talk To The Wind) i wyciszeniem (Moonchild). Pojawia się też zagubienie (Epitaph). Wszystko skumulowane w czterdziestu trzech minutach.
Czy o "Dworze Karmazynowego Króla" można mówić określając go jednym, wspólnym i niepodzielnym wytworze? Pod względem technicznym tak, bowiem jest on suitą. Tematyka tekstów w pewnym sensie jakby również wydaje się być wspólna. Śmierć, chciwość, schizofrenia, bezowocne rzucanie słów na wiatr, łkanie, ballada o Księżycowym Dziecku i opis dworu Belzebuba - oto czym jest ten album. Kompozycje trwają od 7 do 12 minut, nie krócej.



Kolejną ozdobą jest śpiew Grega Lake'a (późniejszego współtwórcy trio Emerson, Lake & Palmer) we wszystkich kompozycjach, przejmująca gitara Roberta Frippa i dłuższa część instrumentalna "Moonchild". Po nieco ponad dwóch minutach wokalu wszystko na chwilę zamiera i ma swój początek dziesięciominutowy koncert różnorakich dźwięków wytworzonych przez instrumenty w studiu. Organy, perkusja, cymbały, jakieś krótkie odgłosy tworzą czystą abstrakcję. Dla zwykłego laika to po prostu dziesięć minut czegoś zbędnego, niepotrzebnego, pozbawionego konkretów. Miłośnik pięknej muzyki doceni wszystko - każdy dźwięk i nutę. I tak jest tutaj… Szkoda, że prawdziwi koneserzy są tylko jednostkami… W każdym razie "Moonchild" to najdłuższy i najlepszy moment płyty.



Oto dobry początek dobrej passy - King Crimson - zespół po trzech terminach zakończenia działalności (odpowiednio 1974, 1984 i 2010) i dorobkiem złożonym z samych arcydzieł. Po trzech latach powracają ku radości fanów w odmienionym składzie (w tym aż trzech perkusistów). Wygląda na to, że wszyscy już przywykli do zmian personalnych w King Crimson. Ale liczy się fakt, bo czego chcieć więcej?

Wykonawca: King Crimson
Tytuł: In The Court Of The Crimson King an Observation by King Crimson
Wydany: 10 października 1969
Nagrywany: lipiec-sierpień 1969
Wytwórnia: Island Records; Atlantic Records; Polydor Records

Ocena autora: 10/10

Lista utworów:

1. 21st Century Schizold Man/Mirrors
2. I Talk To The Wind
3. Epitaph/March for No Reason/Tomorrow and Tomorrow
4. Moonchild/The Dream/The Illusion
5. The Court Of The Crimson King/The Return of the Fire Witch/The Dance of the Puppets


 MICHAŁ ABRAMEK

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz