środa, 4 września 2013

Rap Przegląd: Stereotypowy album

Wielu z Was zapewne spotkało się z wypowiedziami na temat kultury hiphopowej osób, które o rapie wiedzą tyle co ja o prowadzeniu samolotu. Opinie tych „znafcuf” były najczęściej podobne, mówiono o wielu wulgaryzmach, braku głębszych tekstów, przedmiotowym traktowaniu kobiet, gloryfikacji imprez i zażywania narkotyków itp. Samo zło, zepsucie i namawianie młodych ludzi do bardzo szkodliwego trybu życia. Od razu mówię, że raper i płyta, którą chce dzisiaj Wam pokazać jest idealnym odzwierciedleniem tego, co wypisałem wyżej. Brak głębszych treści, z głośników wylewają się bardzo jednoznaczne stwierdzenia, pełno jest seksu, wychwalania używek, a język jest daleki od nazwania go kulturalnym. Ale każdy z nas lubi przecież raz na jakiś czas obejrzeć film, który nie ma jakiegoś głębszego przesłania i ma nas po prostu dobrze bawić. Wszystko zależy od podejścia. 



Od tej płyty można się odbić od razu, albo ją docenić i bardzo uprzyjemnić sobie np. jazdę samochodem. A jej twórcą jest nie byle kto. Żywa legenda rapu, członek składu Three Six Mafia, godny reprezentat dirty south’u, współautor wieelu hitów (w tym słynnego „Stay Fly” czy „Feel It” z Tiesto) i, co wie bardzo niewielu, drugi w historii rapu zdobywca Oskara za numer pod tytułem „It’s Hard Out Here for a Pimp” z filmu „Hustle & Flow” w 2006 roku.


Pierwszy w historii razem ze swoją ekipą zagrali na tej gali jak zespół. Co jak co, ale takie osiągnięcie zasługuje na szacunek, nie mówcie, że nie. Na dodatek teraz związał się z wytwórnią Wiz’a Khalif’y i przed czterdziestką znów stał się jednym z najgorętszych nazwisk w rapowym przemyśle. JUICY J i jego „STAY TRIPPY”!

Soczek to wytrawny gracz w biznesie, ale dopiero jego najnowsza płyta ponownie wyniosła go na szczyty, na które podczas swojej kariery solowej nie za bardzo potrafił się wspiąć. Z Three Six Mafią sytuacja miała się zgoła inaczej, i parę ładnych lat temu panowie siali siarczysty rozp…piernicz z każdym kolejnym longplejem, ale jak to zazwyczaj bywa w przypadku rapowych grup, zawsze coś musi komuś nie pasować i póki co ich wspólny dorobek zamyka wydana w 2008 „Last 2 Walk”. Rok później zapowiedziana została następna produkcja spod tego zasłużonego szyldu, pojawiły się single, w tym wspomniane przeze mnie „Feel It” , ale na tym się skończyło i jak na razie powrót Mafiozów do siebie (no homo) nie jest specjalnie rozważaną przez opcją. Jak nie wiadomo o co chodzi, to chodzi o hajs, ale zostawmy już temat przeszłości naszego bohatera, a zajmijmy się tym co rzuca on do głośników swoich słuchaczy przy okazji swojej trzeciej solówki. A rzuca on solidne dawki bujających trapowych numerów wyprodukowanych przez solidne firmy. Lex Luger czy Mike WiLL to na pewno nie są żółtodziobami w tym biznesie i słychać to na każdym kroku. Swoje trzy grosze dołożył sam Juicy, a poza tym warto wyróżnić na płycie obecność gracza ze ścisłego topu – Timbalanda. Wyprodukowany przez niego numer, na którym gościnnie udzielił się Jedyny Słuszny Justin W Muzyce, brzmi jakby faktycznie był z płyty Timberlake’a a nie kolejnym kawałkiem z tej płyty.  Sam kawałek jest według mnie najlepszy z całej płyty, no ale tym zajmiemy się zaraz. Producenci zadbali o to, żeby wszystko brzmiało jak najlepiej i faktycznie, dla osoby lubującej się w trapach będzie to miód dla uszu. „Niedzielni słuchacze” tego typu gatunków raczej też nie powinni się odbić od tej produkcji, choć po pewnym czasie odsłuchanie całej płyty na raz może być dla nich monotonne i, tak jak ja, zostawią ulubione kawałki na plejliście.

Co do samych numerów, to tak jak pisałem we wstępie, tematyka na pierwszy rzut oka to stereotypowa płyta z rapem z USA, ale nikt się z tym nie kryje. Nikt od Soczka nie wymaga niczego więcej poza bezczelnością, płynięcia po bicie i bujających podkładów, a to wszystko to tutaj jest zawarte.  Linijki w stylu „Thumbin’ through so much Money, that I need three hands to count it” czy “She treat my dick like a pistol/ I treat her face like a target” powinny Wam jasno wyklarować czego można spodziewać się po tym albumie. Ale komu to przeszkadza? Pięknie to wszystko buja, żadna z linijek nie jest grafomańska, czy nie napawa zażenowaniem. Oczywiście należałoby zadać pytanie czy prawie czterdziestolatkowi wypada nawijać o jaraniu zioła i uchlewaniu się w trupa w klubach, albo o dawaniu wespół z A$apem stypendium za twerking (w UK to już oficjalne słowo, pozdro Miley!) ale w USA nikt sobie takimi „problemami” głowy nie zaprząta i może to i słusznie. Gospodarzowi oczywiście towarzyszy cała plejada mniejszych lub większych gwiazd, od wspomnianego świetnego Justina zaczynając, po również wspomnianych Ejsapa i Wiza, który uraczy nas kolejnymi wariacjami o marihuanie, kończąc. Oprócz tego świetną zwrotkę położył Yelawolf, który zawstydził gospodarza płyty pokazując mu jak się po takich bitach powinno poruszać. Lil Wayne uraczy nas kolejnymi przemyśleniami na temat żeńskich narządów rozrodczych, a 2 Chainz, znów udowodni, że w rapie znajduje się przez przypadek. Oprócz na „Stay Trippy” usłyszymy jeszcze Young Yezzy’iego, Big Sean’a. Nie rozumiem jednak obecności tuzów pokroju Trey Songz’a i Wale (i to na jednym kawałku), czy Chris-bijęrihannę-Brown, którzy dla mnie w obok tego typu rapu nie stali nigdy. Osobną opcją jest nagrywanie i trzymanie się z damskim bokserem („I nie wiem jak to możliwe bić pionę/Z kimś kto lubi bić żonę, trzymać jego stronę” - Mesiwo), no ale biznes is biznes, my, cebulaki z Polandu nigdy najpewniej tego nie pojmiemy. Na osobną linijkę zasługuje seans spirytystyczny z św. pamięci Pimp C, którego możemy usłyszeć w kawałku, o wiele mówiącym tytule „Smokin’ , Rollin’ ”.   RIP Pimp C!




Reasumując, to nie jest płyta dla tych, którzy w każdym tracku, próbują doszukać się treści, które zmienią ich życie. Dla was są raperzy Mos Defa aka Yassn Bay czy Talib Kwali. Nikt nawet nie próbuje nikomu wmówić, że ta płyta ma ambicje. No bo jak inaczej traktować rapera, który zobowiązał się do wypłacenia 50,000$ dla dziewczyny, która najlepiej trzęsie swoim tyłkiem? To, piszę to z czystym sumieniem, czysty, komercyjny rap, którego można posłuchać na imprezie, w samochodzie, albo po prostu dla relaksu. I takim wydaniu sprawdza się wyśmienicie. Ta płyta jest trochę jak pizza. Wiadomo, że ciężko jest w tym temacie wymyśleć coś nowego, jest masa bardziej wykwintnych dań, ale mimo wszystko każdy z nas ja uwielbia raz na jakiś czas wpałaszować. I dokładnie tak samo jest z tą płytą. Nie ma tu nic odkrywczego, wszystko już kiedyś zostało powiedziane, ale mimo wszystko całość jest podana tak smacznie, zrobiona przez tak dobrych kucharzy, z tak wyśmienitymi, dobrze komponującymi się składnikami, że konsumując ją zapominamy o tym wszystkim. Bo muzyka (i jedzenie!) to w głównej mierze przyjemność, a tej jest tutaj naprawdę dużo. 

HUBERT MISZCZUK

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz