czwartek, 14 listopada 2013

Recenzja: G. Harrison - All Thing Must Pass [30th Anniversary Edition].

Niniejsza recenzja dotyczy reedycji z 2001 roku wydanej w wersji zremasterowanej z okazji 30-lecia premiery. Praca zawiera zarówno omówienie albumu jak i ów reedycji.

Część I - Album

Był to jeden z pierwszych dni kwietnia roku 1970. Tamtego dnia Londyn, Wielka Brytania, Europa i chyba cały świat usłyszał smutną wiadomość. The Beatles nie zagrają już razem… Siłą rzeczy zanosiło się na to już dużo wcześniej, bowiem w 1969 roku John Lennon oświadczył kolegom, że nie przejawia już takiego samego zainteresowania współpracą jak jeszcze w 1966 roku. Czy można się temu dziwić? 



Po śmierci menagera Briana Epsteina była to tylko kwestia czasu. Agonia trwała trzy lata. Ale pożegnania nie mogło być piękniejszego od płyty "Abbey Road" - ostatniego wspólnie nagranego krążka będącego również "uspokojeniem" po żmudnych sesjach stycznia 1969 (obfitującego w narastające konflikty). Co prawda jest jeszcze album (i film) "Let It Be", ale to tylko suplement kończący dyskografię studyjną grupy.
W tym samym roku wszyscy czterej panowie zdążyli wydać swoje pierwsze albumy solowe. John Lennon powołał do życia "Plastic Ono Band" i pod tą nazwą sygnował swój wytwór. Paul McCartney od roku w zaciszu domowego studia pracował nad swoim "McCartneyem Jedynką". Ringo Starr zaprosił fanów w jego "Sentymentalną Podróż". A "cichy ex-Beatles" - George Harrison - zebrał kilka swoich wcześniej skomponowanych piosenek (niektórych wersje demo zarejestrował jeszcze z The Beatles w styczniu '69) i wypełnił nimi dwie płyty winylowe (o trzeciej też powiem).



"All Things Must Pass" - istny majstersztyk na równi z "Abbey Road", który ostatecznie nadał Harrisonowi status geniusza. U realizacji projektu pomógł mu nieco kontrowersyjny producent muzyczny Phil Spector - autor słynnego efektu zwanego "ścianą dźwięku", obecnego na albumie Harrisona (piosenka "Awaiting On You All). Tak, to również ten sam "spec" odpowiedzialny zarówno za sprofanowanie albumu "Let it Be" jak i morderstwo aktorki Lany Clarkson. Jakoś za ten pierwszy wyczyn nie został upomniany wystarczająco, ale za morderstwo poszedł siedzieć na dożywocie.

Ciemne strony

Jest mi niezmiernie przykro, że muszę wskazać minusy wydawnictwa któro zapisało się złotymi głoskami w historii muzyki rockowej i któro samo zaskarbiło sobie zarówno sympatię jak i miejsce na najwyższej półce mojej fonoteki. Niestety "recenzja" opiewająca tylko dobrą stronę a olewająca niedociągnięcia i błędy jest zwykłym kiczem. Recenzent nie może mówić i pisać z perspektywy zagorzałego fana artysty.
Nie miałem i nie mam nic do "Wah-Wah", ale poniekąd uważam ją za "przekrzyczaną" a nie odśpiewaną. Całość jest jak najbardziej ekspresywna, ale wcale nie uważam, aby George zrobił cokolwiek za złość swoim fanom.

Jak wspomniałem, efekt "ściany dźwięku" jest obecny niemalże wszędzie na albumie. Najbardziej dotyczy to również wspomnianego "Awaiting on you all", ale użycie tego wymysłu jest tam tak przesadzone, że wręcz psuje pierwotną wizję. Zwolennicy Phila S. mogą wytykać mi niewiedzę, ale czy recenzja nie jest okazją do tego, aby jej autor mógł bez zastrzeżeń wyjawić swoją opinię o danej rzeczy?

Na albumie są dwie wersje utworu "Isn't It A Pity". Podczas, gdy ta pierwsza chwyta za serce i niemalże wyciska łzy (wzruszenia), jej przeróbka z drugiej płyty nie wnosi tak naprawdę niczego nowego na album. To tylko ciekawostka, ale nie powiem, że zła. Myślę jednak że na miejsce "dwójki" dobrze wkomponowałaby się odrzucona z oryginalnej tracklisty "I Live For You", dołączona do reedycji 2001.
"It's Johnny's Birthday" - jedyny na płycie "Apple Jam" kawałeczek (49 sekund, najkrótszy) z wokalizą. Zarejestrowany dla Johna Lennona na jego 30-ste urodziny. Nic innego, jak tylko Harrison śpiewający z przyjaciółmi cyrkowo brzmiący utworek. W mojej interpretacji to tylko żart muzyczny. Słychać różnorakie smaczki i efekty, pod koniec muzyka i wokal są przyśpieszone i… tyle. Miniatura urywa się.



To (na szczęście) tylko cztery przykłady lekkich niedociągnięć na płytach. Reszta stanowi esencję twórczości Harrisona w najlepszym wydaniu. Kompozycje prezentują klasyczny styl muzyki ex-Beatlesa. Czy słyszeliście te delikatne poruszania strun tworzące równie delikatne solówki. Chyba bardziej subtelniejszych nie zrobił jeszcze nikt… Od tych ostrzejszych są David Gilmour i Tony Iommi. Prawie każdy utwór jest prawdziwym hitem wpadającym w ucho, perełką bijącą blaskiem. Wyróżniłbym wszystko, ale tak najbardziej to otwierające "I'd Have You Anytime"; "My Sweet Lord" (w obydwu wersjach), wspomniane "Isn't It A Pity" w pierwszej wersji i nieodzowne "Art Of Dying" (w której na perkusji zagrał 19-letni Phil Collins). Autorskie piosenki z pierwszych dwóch longplayów wypadają nieźle, nawet lepiej w porównaniu z improwizacjami z trzeciego. Właśnie - longplay no.3 to pięć długich improwizacji o nazwie "Apple Jam", jakie Harrison zarejestrował w studiu ze swoimi przyjaciółmi. Muszę przyznać, że bawiłem się przy nich tak samo dobrze jak przy utworach autorskich.


Część II - Reedycja

Pod koniec stycznia 2001 roku na rynek trafiła specjalna, zremasterowana wersja "All Things Must Pass". W porównaniu z oryginalnym wydaniem okładkę poddano koloryzacji i dodano utwory bonusowe. Są nimi wersje demo dwóch piosenek - "Beware of Darkness" i "Let It Down", pochodząca z sesji i wcześniej niewydana "I Live For You", instrumentalna, alternatywna wersja "What Is Love" i nowa "My Sweet Lord 2000" nagrana na potrzeby reedycji. W jej rejestracji udział wzięła Sam Brown - wokalistka znana z uczestnictwa w trasie "The Division Bell" Pink Floyd. Pięknie zaprojektowane pudełko opatrzono esejem George'a w postaci bookletu z tekstami piosenek.
To nie jedyny powrót albumu na rynek. W listopadzie 2010 wydano replikę oryginału na 40-lecie premiery - bez żadnych dodatków, z wyjątkiem możliwości pobrania go w formacie hi-resolution z witryny internetowej. Ale pomimo, iż to najnowszy remaster, nie brzmi tak dobrze jak ten z 2001 roku. Monochromatyczna wersja okładki nie przyciąga odbiorcy tak ja ta weselsza, pokolorowana. I te utwory bonusowe… Można wychwalać to godzinami.


Bez względu na formę wydania - pozycja zdecydowanie obowiązkowa dla każdego fana The Beatles i Geroge'a.  Jego pierwszy longplay ozdobiono łatką najdoskonalszego zarówno w dyskografii jego samego jak i pozostałych panów z Liverpoolu. I to jest święta prawda. Nieco gorszy od niego jest następca "Living In The Material World". Następnymi, które można porównywać z ATMP są dwa ostatnie - "Cloud 9" i "Brainwashed". Ale to już zupełnie inna historia…

Ocena autora: 9/10
Wykonawca: George Harrison
Tytuł: All Things Must Pass
Data wydania: 27 listopada 1970
Wytwórnia: Apple Records



MICHAŁ ABRAMEK

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz