wtorek, 19 listopada 2013

Muzyka Ekranu - Superman z Kalifornii w Sali Samobójców

OST, czyli Official Soundtrack. W języku ojczystym- oficjalna ścieżka dźwiękowa. Nie wszyscy ludzie mają wrażliwe ucho. Z całą pewnością znajdzie się pokaźne grono takich , którzy chórem przyznają, że muzyka w filmie obchodzi ich tyle co zeszłoroczny śnieg, bądź, nie wiem, współczesne życie seksualne Beaty Tyszkiewicz. Jestem pewien , że pani Beata i rzesze innych ludzi zgodziliby się, że takie podejście jest absolutną ignorancją. Dobrze skomponowana ścieżka dźwiękowa w parze z kolejnymi obrazami, które przekazuje nam film potrafi całkowicie urzec i wbić się w pamięć na zawsze. Potrafi stworzyć permanentne skojarzenie, stworzyć kanon. Odnosi się to oczywiście nie tylko do wielkiego ekranu. Każdy z nas potrafi wymienić kilka świetnie dobranych podkładów serialowych. Przyjrzyjmy się więc paru przykładom muzyki filmowej.






Superman Main Theme

Jestem komiksowym świrem. Niemalże geekiem. Zatem nie bez powodu pierwszy soundtrackowy KLASYG, któremu chciałbym się przyjrzeć łączy się z tą tematyką. „Superman Main Theme” pochodzi z filmu, który w roku 1978 popełnił pan Richard Donner, o tytule...”SUPERMAN”. Utwór przy pomocy Londyńskiej Orkiestry Symfonicznej stworzył John Williams, legendarny kompozytor Hollwood, odpowiedzialny za takie perełki jak muzyka ze Star Wars, Szczęk, Indiany Jones'a i wielu innych. Sądzę, iż nie trzeba być fanem komiksu, by dobrze znać ten kawałek. Kojarzymy go jednoznacznie. Widzimy Christopher'a Reeve'a (aktora o nota bene bardzie ciekawej historii), frunącego w, dziś już zabawnym, niebiesko- czerwonym trykocie z charakterystycznym S na piersi. Widzimy Supermana. Utwór jest podniosły ale i żywy. Bije od niego heroizm. To Superman wśród ścieżek dźwiękowych! Płodny ojciec hitów, Jack Williams, sprawił, że w tysiącach serc ta muzyka na stałe połączyła się z postacią Supsa. Gdy dochodzi do takiej sytuacji, a dochodzi do nich w filmowym świecie bardzo często, Hollywood może mieć kłopot w przyszłości. Postaci kanoniczne trzeba odświeżać , trzeba robić tzw. rebooty, hajs musi się zgadzać. Technologia idzie do przodu, więc można poczęstować widza efektami specjalnymi, które wgniotą w fotel. Pewne rzeczy jednak trudno przeskoczyć. Gdy jakiś utwór podbije serce, trudno zastąpić go innym. Cóż, wiadomo serce nie sługa, bądź też serce puszczalskie... Moje jednak pozostanie wierne temu utworowi.




Sign 0 - Sala Samobójców

Coś z innej beczki. Kolejna pozycja jest przykładem na to , że utwór muzyczny sam w sobie może nie być tak interesujący, jak w zestawieniu z jakaś sceną filmową. Tak samo jak jakaś scena filmowa, sama w sobie może nie być tak interesująca, jak w zestawieniu z jakimś utworem muzycznym...Mowa o Sign 0 japońskiego zespołu Chouchou, numerze , który znalazł się na ścieżce dźwiękowej Sali Samobójców, w reżyserii Jana Komasy. Jest to melancholijny kawałek, mówiący o tęsknocie, przemijaniu życia, ulotnym szczęściu, czy „piórach niebieskich ptaków”, które pragniemy pochwycić po raz ostatni. Innymi słowy rodem z dramatycznej sceny z Anime , w której wielkie oczy łzawią obficie. Gdybym usłyszał Sign 0 jako niezależny utwór, pewnie nie przykułby on mojej uwagi. Treść tekstu wyraża odczucia i idee bliskie bohaterom filmu. To wiemy jednak dopiero po jego przetłumaczeniu, lub jeśli znamy język japoński. Sęk tkwi w rodzaju sceny w jakiej go słyszymy. Jest to metaforyczna scena miłosna, między głównym bohaterem i jego niestabilną emocjonalnie wybranką. Bohaterowie, a raczej ich avatary, jako, że duża część akcji ma miejsce w świecie wirtualnym wpadają do morza, czy tez oceanu. Sylwia( wyżej wymieniona luba) zadaje Dominikowi (wyżej wymienionemu głównemu bohaterowi) ból. Możemy uznać to za metaforę toksyczności ich relacji, czy też jej pragnienia śmierci. I tutaj objawia się piękna zależność , między muzyką a obrazem. Charakterystyczne ujęcia , z przyśpieszeniami i zwolnieniami ruchu, a w tle... delikatny, japoński głos, na prostym ale bezbłędnie ujmującym klimat sceny , klawiszowym podkładzie. Może i scena i utwór osobno byłyby mało warte, ale ich połączenie daje piękny efekt- jaram się. Pod spodem dwa linki : scena z filmu oraz tłumaczenie tekstu na angielski( w bardzo słabej oprawie graficznej...)





Gus Black - Paranoid- (Californation)

Ostatnia pozycja do utwór z serialu. Zapewne fani Black Sabbath zaczną obrzucać mnie jajami za to co napiszę, ale jest to cover, który podoba mi się dużo bardziej , niż oryginał- Paranoid autorstwa Gusa Blacka do Californication. Nie jestem fanem muzyki jaką robi Black Sabbath, gdyż najzwyczajniej się na niej nie znam. Oceniam więc obie wersje jako laik i jako rozkminiający solidnie widz. Zacznijmy od tego, że cover ów, jak wiele utworów pojawiających się w serialu, jest nawiązaniem do jednej ze scen, w której wspomniany zostaje Ozzy Osbourne. Po drugie, klimat sceny idealnie oraz w moim odczuciu klimat tekstu, dużo lepiej zgrywa się z mniej dynamiczną wersją Blacka. Jeśli chodzi o klimat- bohater zmęczony życiem, zagubiony , razem z piękną kobieta rozwalony na swoim dywanie na którym, spożywają duże ilości alkoholu i marihuany. Jeśli chodzi o tekst uważam, że wersy , takie jak :

„Finished with my woman 'cause she couldn't help me with my mind 
People think I'm insane because I am frowning all the time”


czy też :

„I need someone to show me the things in life that I can't find 
I can't see the things that make true happiness, I must be blind”


tak jak i sam tytuł mają ciekawszy oddźwięk na powolnym klimacie , smętnego upojenia. Do tego dochodzi solidna gra Duchovnego i solidna...Surfer Girl. Sprawdźcie sami , czy czujecie to o czym mówię: 





Adam Borowski




Brak komentarzy:

Prześlij komentarz