"…let's
take a holiday"
fragment
utworu "Holiday"
Kiedy patrzę tak jak teraz na piękną, słoneczną pogodę za
oknem przez chwilę myślę, że wciąż mamy lipiec. A czemu tylko przez chwilę? Bo
po pierwsze jesteśmy parę dni od zmiany czasu na zimowy, po drugie - to już
końcówka października 2013, a po trzecie - drzewa nie są pokryte zielonymi
kolorami liści. I piękna chwila znika niczym mydlana bańka.
Dlaczego zacząłem od akapitu o zachwycie latem? Ponieważ
uważam, że album, którego niniejsza recenzja dotyczy dostarcza nam tych
gorących, ciepłych odczuć. Jego twórcą nie jest zwykły muzyk rodem z garażowej
kapeli undergroundowej (bez urazy dla fanów Pink Floyd). Richard Wright, bo o
nim mowa to klawiszowiec pełną gębą, o tak! Mógłbym od siebie również wyznać,
że to brytyjski następca Chopina, bo tylko jego fortepian ozdobił i nadał
ostateczny kształt wielkiemu dziełu "The Great Gig In The Sky" z
"Ciemnej Strony Księżyca". Ale po kolei…
