Lato jest już tylko
wspomnieniem, nawet studenci powrócili do swoich uczelni i w strachu przed
kolejną sesją uchlewają się w najlepsze. Za oknem pogoda też wyczuła zmianę, co
zresztą można zauważyć i w codziennym życiu. Kobiety zaczęły zakładać na siebie
więcej ciuchów, co każdy normalny facet odbiera jako nadejście jesieni. A, że
tego typu zdarzenia często powodują u nas nastrój zdecydowanie odmienny od
beztroskiego i frywolnego letniego stanu, to i muzyka, której słuchamy się
zmienia. Dzisiaj chcę wam zaprezentować (choć mam nadzieję, że co niektórym
przypomnieć) płytę wybitną. Smutną, przygnębiającą ale i piękną zarazem. UWAGA, wątki autobiograficzne! To
pierwszy album spoza mainstream’u w USA, który poznałem, po nim zacząłem
stopniowo odchodzić od rodzimego rapu; jest to też chyba pierwszy materiał,
który rozsyłałem do znajomych przez sieć. I praktycznie wszyscy odpowiadali mi
w podobnym tonie. Byli zachwyceni, urzeczeni i rozłożeni na łopatki. Przez
branżowe pisma i portale wychwalana. Przez prostych zjadaczy chleba, którzy
dali porwać się jej magii, pokochana. Kno
– Death is Silent.
